Przyznam się uczciwie, że za bigosem nigdy szczególnie nie przepadałam. Może dlatego, że w moim rodzinnym domu robiło się bigos tłusty, ciężki. Aż kiedyś dawno, dawno temu, nie pamiętam już nawet u kogo poczęstowano mnie bigosem zupełnie innym. Początkowo skrzywiłam się na słowo "bigos" i szukałam jakiejś grzecznej wymówki, by nie obrazić gospodarzy. Bąknęłam coś, że niby jestem na diecie. "A cóż Ci bigos w diecie przeszkadza?" - zapytali zdziwieni.
Okazało się, że oni z kolei nie znali bigosów zaprawianych boczkiem i tłustymi mięsami.
Wtedy nie zapytałam ich o przepis, a po latach stworzyłam go sama. Bigos jest delikatny, kawałki mięsa rozpływają się w ustach. Czuć bigosem, a nie tłuszczem.
Taki bigos robię zwykle dwa razy do roku. Jest nas dwoje a bigosu wychodzą dwa gary, więc część od razu mrożę w plastykowych pojemnikach po kapuście. Jak znalazł na obiad w "dzień lenia".